Premium

Materiał dostępny tylko dla Subskrybentów

Nie masz subskrypcji? Dołącz do grona Subskrybentów i korzystaj bez ograniczeń!

Jesteś Subskrybentem? Zaloguj się

Zacznij od niemożliwego, czyli sztuka dochodzenia do celu

· · 8 min
Zacznij od niemożliwego, czyli sztuka dochodzenia do celu

Znana i piękna modlitwa o pogodę ducha przypomina nam, by z odwagą zmieniać to, na co mamy wpływ, jednocześnie z pokorą i spokojem przyjmując wszystko, na co wpływu nie mamy. Najważniejsza jednak jest prośba o dar mądrości, by móc odróżnić jedno od drugiego. Czy jednak oznacza to potulne czekanie na to, co nam skapnie, robiąc tylko to, co uznamy za możliwe? A gdyby tak spokojnie i odważnie, wykorzystując swoją mądrość, sięgać po niemożliwe? 

Zastanawiając się nad wspomnianą modlitwą w kontekście skutecznego działania, uświadomiłem sobie, że – niezależnie czy snujemy własne plany, czy też myślimy o strategii dla biznesu – bardzo łatwo wpadamy w jedną z dwóch pułapek:

  • Skupianie się na tym, co możemy zrobić w przewidywalnym czasie i na co mamy wpływ, przez co wyznaczamy sobie cele realne, ale zbyt zachowawcze. Zapewne będziemy skuteczni, ale kosztem ograniczania własnej ambicji, pragnień i prawdopodobnego braku przełomów. W dłuższej perspektywie może to prowadzić do poczucia niespełnienia i stagnacji.

  • Przywiązanie do wyidealizowanego celu, będącego zaledwie zarysowanym pomysłem, który trudno „zakotwiczyć” w teraźniejszości. Mamy jego wizję, ale nie wiemy, od czego zacząć. Albo zaraz po rozpoczęciu nie bardzo wiadomo, co ma być dalej. Taki cel będzie działał na naszą wyobraźnię i ambicję, ale szybko może doprowadzić do frustracji i zniechęcenia, a w konsekwencji do zarzucenia planów bez możliwości sprawdzenia, czy faktycznie się nie dało.

Można by romantycznie powtórzyć za wieszczem: albo zamiar według sił, albo mierz siły na zamiary. A bardziej prozaicznie – pierwsza opcja preferuje wróbla w garści, druga zaś gołębia, ale na dachu. Jednak obie mają wspólny skutek – odcinają od realizowania śmiałych i rozwijających nas celów. Obie są więc pułapkami.

Jak wygląda to w praktyce? Zacznę od drugiego przypadku, jako bardziej oczywistego i namacalnego. Jest on bogato reprezentowany przez ogromną ilość nowo powstałych biznesów, które upadły, zanim zdążyły osiągnąć jakikolwiek sukces. Albo te wszystkie nasze niedokończone plany, projekty, książki czy studia i kursy, które nie znalazły dalszego ciągu i konkretnego zastosowania. Nie mówiąc już o niezliczonej ilości w ogóle nie podjętych przedsięwzięć, których nie notują żadne statystyki. A szkoda, bo byłyby bardzo ciekawe.

Pierwszy wariant nie jest tak dobrze widoczny i łatwo go przeoczyć w rutynowej bieżączce – bo przecież idziemy naprzód, z sukcesem i często bez większych przeszkód. Po czym więc go rozpoznać? We własnym życiu po snuciu planów na boku – takich na zaś, na lepsze czasy, na długi urlop, na emeryturę – jednocześnie na co dzień realizując tylko to, co nam wychodzi najlepiej i czego się od nas oczekuje.

A w biznesie? Między innymi po sposobie tworzenia planów strategicznych. Jeśli są one prostym przedłużeniem dotychczasowych działań (np. rutynowym rozpisaniem budżetu na kolejne lata), możemy – prędzej czy później – spodziewać się stagnacji albo wręcz zderzenia ze ścianą, czyli zmienioną rzeczywistością. Najsłynniejszym chyba przykładem jest tu historia Kodaka, który stworzył pierwowzór aparatu cyfrowego jeszcze w latach 70., by po trzydziestu latach popaść w poważne kłopoty przez nieuwzględnienie w swojej strategii potężnego rozwoju rynku tych właśnie urządzeń.

Zostań mistrzem zarządzania sobą »

Plan a mrzonki - jak dojść do celu

Strategia powinna służyć mierzeniu w odległe cele, a nie chwytaniu tego, co jest w naszym zasięgu. Od tego są bieżące operacje. A jednak tak trudno oderwać się nam od teraźniejszości. Widzimy przyszłość z perspektywy tego, co robimy teraz. Patrzymy, jak daleko zajdziemy i nazywamy to planem. A powinniśmy robić odwrotnie – wyznaczyć cel daleko poza horyzontem i zakotwiczyć go w teraźniejszości, nieustannie szukając sposobności na każdy kolejny krok, cały czas obserwując, co pojawia się na widnokręgu. Ale niełatwo zdecydować się na taką drogę, bo kojarzy się ona z większym ryzykiem i lubimy nadawać temu etykietkę mrzonek. Czy słusznie?

Jeśli się dobrze zastanowimy, to plan od mrzonki dzieli bardzo niewiele: zaledwie jeden krok. Pierwszy krok, który wykonasz w kierunku swego zamysłu – wtedy właśnie staje się on planem. Do tego czasu pozostaje faktycznie w sferze mrzonek. Jest zaledwie skojarzeniem. Chiński filozof Laozi mówiąc o pojedynczym kroku rozpoczynającym tysiącmilową podróż, zapewne miał właśnie to na myśli. Inaczej znane przysłowie brzmiałoby: Jeśli zrobiłeś krok, to zrób ich tysiące i zobacz, dokąd zaszedłeś.

A co z ryzykiem? Wbrew pozorom, którym nieustannie ulegamy, trzymanie się tego, co pewne, jest najbardziej ryzykownym rozwiązaniem. W bieżących operacjach może nie, ale w długoplanowej strategii – na pewno. Nie bez kozery Peter Drucker stwierdził, że największym ryzykiem jest jego unikanie.

A na czym polega złudność pozorów? Na naturalnym przypisywaniu zdarzeniom, które mają powiązanie ze znanymi już faktami, znacznie większego prawdopodobieństwa wystąpienia, niż wynikałoby to z czystego rachunku.

Wiadomo – przyszłości przewidzieć się nie da. Jednocześnie chcemy dążyć do minimalizacji ryzyka. Rozsądek podpowiada nam więc, by trzymać się obrazu mającego powiązanie z tu i teraz. Uznajemy to za pewny scenariusz, budując na jego podstawie sekwencję kolejnych kroków mających prowadzić do wysoce prawdopodobnych celów cząstkowych. W ten sposób utwierdzamy się w słuszności założeń pewnego scenariusza. Mamy swoją wysoce prawdopodobną prognozę, która ma nam zminimalizować, o ile nie wyeliminować, ryzyko. A tak naprawdę kupujemy los na loterii i czeka nas wygrana albo przegrana – jak to z hazardem bywa.

Jaka jest więc alternatywa? Po prostu uznać, że przyszłości nie przewidzimy – zaakceptować nieznane. Paradoksalnie najmniej ryzykownym rozwiązaniem jest właśnie pójście w nieznane. Wówczas jesteśmy otwarci na nowe, adekwatne do sytuacji rozwiązania i możemy podejmować decyzje w oparciu o nieustannie rozważane opcje wyboru. Wtedy cały czas jesteśmy w autentycznym tu i teraz, a nie w tym opisywanym wcześniej, które się momentalnie dezaktualizuje. Możemy podejmować pewne kroki, idąc w nieznane. W każdym momencie dajemy sobie szansę na wygraną. Pierwsze podejście oznacza ryzyko niesprawdzenia się naszego pewnika, drugie – racjonalne przewidywanie, znacznie owo ryzyko zmniejszające.

Rozkład jazdy - realizacja, osiąganie celów

Strategia to plan wyznaczania nowych dróg, a nie rozkład jazdy po istniejących torach. Powinna służyć – jak już wspomniałem – zakotwiczeniu śmiałej wizji w teraźniejszości i podjęciu pewnych, popartych rozwagą, kroków w jej kierunku, czyli w nieznane. Nawet jeśli wydaje się nam ona niemożliwa do osiągnięcia. W tym celu musimy zacząć od początku, czyli... od końca. Z doświadczenia wiem, że zaczynanie od końca prowadzi do osiągania celów najkrótszą drogą. No właśnie – celu; musimy wyznaczyć cel, czyli wizję siebie w przyszłości. A tu właśnie czeka na nas jedna z dwóch wspomnianych na początku pułapek.

W naturalny sposób będziemy mieli tendencję do proponowania wizji niewiele wykraczających poza własne, znane podwórko, kojarząc obrazy odległe w czasie i spoza naszej obecnej domeny z czymś nieprzewidywalnym, a tym samym poza naszym wpływem. Słowem − niemożliwym. Trudno temu odebrać słuszność, bo faktycznie – mamy wpływ tylko na to, co jest tu i teraz. Ale – znowu zapytam prowokacyjnie – czy do końca? Tu i teraz jest tylko... tu i teraz. Za chwilę będzie inne teraz, inne tu. Będą inne okoliczności, my będziemy inni, w innym miejscu, będą inne możliwości. Dlatego nie bójmy się przesuwać naszej wizji jak najdalej w czasie i poza obecny zakres naszego wpływu.

No i, broń Boże, nie utożsamiajmy rozpoczęcia działania z możliwością wpływania na coś w danym momencie, co jest sztandarowym hasłem drugiej z pułapek, a zarazem specjalnością odwlekaczy. Ostatnio pomagałem komuś w zapanowaniu nad własnym budżetem. Plan był oczywisty – od zaraz kontrolować wydatki i szukać możliwości ich ograniczenia, przynajmniej tam, gdzie jest to ewidentne (zbędne lub dublujące się wydatki, przepłacanie, pozorne potrzeby itp.). Dla tamtej osoby oczywistym było, że może wdrożyć plan – czyli zacząć kontrolować wypływające pieniądze – dopiero wtedy, gdy znajdzie pomysł na ograniczenie wydatków. Prosty przykład, ale chyba dobrze obrazuje, o co chodzi.

Istotne jest tu oddzielenie horyzontu czasowego od naszego wpływu na zdarzenia, czyli realnych możliwości. Stworzyłem kiedyś proste narzędzie, które jest w tym bardzo pomocne. Służy mi ono zarówno przy pracy nad strategią i wizją w firmach, jak i przy prostych, życiowych poradach – matryca wpływu.

Rozmieśćmy teraz nasze wizje i cele na pokazanej siatce. W większości przypadków okazuje się, że gros propozycji skupia się wewnątrz lewej dolnej ćwiartki.To są nasze rutyny i sprawdzone działania. Świetnie się tu czujemy, bo jesteśmy w tym dobrzy. Ale jest to ten rodzaj dobrego, które jest wrogiem lepszego. Sporo propozycji, w naturalny sposób, plasuje się w górnym lewym polu. Mimo wybiegania naprzód nie są to jednak wizje, lecz nasze naturalne cele. Nie ma w nich jednak nic ze śmiałości, żadnych wyzwań, żadnego przełomu. Tak naprawdę interesuje nas prawa górna ćwiartka, gdzie znajdują się takie właśnie dążenia. Spróbujmy w wyobraźni przenieść się w ten obszar. Zastanówmy się, jaki przełom może nastąpić w przyszłości, gdy osiągniemy swoje naturalne cele? Snujmy jak najwięcej scenariuszy na przyszłość i szukajmy tam siebie – mocniejszych, mądrzejszych, z większym wpływem, gotowych na śmiałe wyzwania. Albo przypatrzmy się propozycjom z prawego dolnego pola – bieżącym wyzwaniom. Jak one mogą się rozwinąć? Przenieśmy je w przyszłość, tworząc najróżniejsze scenariusze. Takie marzenia ściętej głowy. A że będzie to dla nas niemożliwe? O to właśnie chodzi! Pamiętajmy, że to wrażenie tylko z obecnej perspektywy i że szukamy właśnie sposobu na dokonanie rzeczy niemożliwych. Ponieważ nikt nie wie, jaka będzie przyszłość, więc możemy ją tworzyć dowolnie. Jedyne, co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia.

No to mamy idealny – czyli niemożliwy – cel oraz zawartą w jednym obrazku mądrość rozróżnienia, o którą prosi przytoczona na wstępie modlitwa. Czas na nasz plan.

Być może trzeba było

Choć przyszłości przewidzieć się nie da i nikt nam nie powie, co będzie tam, dokąd zmierzamy, to jedno wiemy na pewno – będziemy tam my. Będziemy też, w każdej chwili, mieli wpływ na to, jakie kroki podejmiemy. Zawsze też będziemy mogli kreować dla siebie różne opcje postępowania. Jesteśmy więc dobrze wyposażeni w podróż w nieznane, poza horyzont. Przydałaby się jeszcze dobra mapa. Musimy sobie ją przygotować.

Najszybciej do celu dotrzemy najprostszą drogą. Niby truizm, ale niejednoznaczny. Może to oznaczać dosłownie drogę po prostej – jak promień świetlny – czyli tę najkrótszą, albo podążanie po linii najmniejszego oporu – jak woda – czyli najszybszą z możliwych w danym momencie. Na naszej mapie znajdą się obie.

Pierwszą będziemy wytyczać, idąc od końca podróży. Umieśćmy siebie w polu jednego wielkiego być może. Tak ono wygląda z pozycji tu i teraz. Ale jak spojrzymy z przeciwległego wierzchołka, to okaże się ono jednym wielkim trzeba było. Zatem żeby nie być tradycyjnie mądrym po szkodzie, bądźmy roztropni przed nią. Spiszmy kolejno kroki prowadzące do celu, ale od końca. Od sukcesu, poprzez to co go poprzedzało, aż do teraz. Jakie przełomy, jakie zdarzenia, jakie okoliczności wystąpiły, dzięki którym cel został osiągnięty. Druga droga zaczyna się w tym miejscu i momencie, w którym jesteśmy. Zróbmy listę kroków, jakie podejmiemy. Co kolejno zrobimy dzisiaj, za miesiąc, za rok, i podążajmy dalej ku przyszłości. Kontynuujemy, aż obie drogi się zejdą, albo dotrzemy w pierwszym przypadku do teraz, a w drugim – do celu.

Umieszczamy zebrane kroki i cele na matrycy.

Mamy naszą mapę ze wskazanym skarbem i możliwymi ścieżkami – jak w klasycznej powieści przygodowej. Czas więc wyruszyć na spotkanie naszej przygody. W podróż ku niemożliwemu. Wystarczy tylko postępować mądrze i z całej swojej mocy. Dar mądrości już mamy. Teraz zadbajmy o moc.

Sięganie po niemożliwe - jak osiągnąć cel

Jeszcze raz odwołam się do sfery duchowości i przytoczę słowa św. Ignacego Loyoli módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga; działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie. Nic dodać, nic ująć.

Wyznaczony cel może się do nas przybliżyć jedną z dwóch dróg: pojawi się w zakresie naszych możliwości i stanie naturalnym celem, albo ukaże się nam jako wyzwanie, które powinniśmy podjąć w danym momencie. Oczywiście nie przyjdzie do nas sam. To my sprawimy, że albo zdobędziemy wpływ na coś, co było dotąd poza naszym zasięgiem (przeciągniemy cel w sferę naszych możliwości), albo dotrzemy do miejsca, gdzie trzeba będzie się zmierzyć z wyzwaniem lub sobie odpuścić.

Dlatego decydując o kolejnych krokach i robiąc to, co do nas należy (i od nas zależy), powinniśmy bez przerwy wypatrywać wyzwań, pytając siebie: dlaczego by nie? co mnie powstrzymuje? i nieustannie szukać rozwiązań dla pojawiających się problemów – oczywiście w twórczy sposób. Dzięki temu będziemy mieli pewność, że – z jednej strony – nie zwlekamy z działaniami, które możemy podjąć zaraz i nie przegapiamy ważnej dla nas okazji – z drugiej. Oba przypadki byłyby ciężkimi grzechami zaniechania. Pamiętajmy też, by ciągle aktualizować naszą wizję, nieustannie szukając jej w sferze być może. Bo ona naprawdę może kiedyś być.

W ten sposób będziemy w stanie osiągnąć to, czego pragniemy, a nie tylko to, co wydaje się być w naszym zasięgu. Kiedy się dobrze zastanowić, to nie ma rzeczy niemożliwych – są tylko takie, których nie chcemy się podjąć.

Dariusz Olak

Doświadczony dyrektor finansowy, lider procesu Creative Problem Solving autor bloga Wyobraźnia stosowana.

Wybrane dla Ciebie

MyICAN Twoja ścieżka rozwoju
Załaduj więcej wyników

Polecane artykuły


Najpopularniejsze tematy