Spytaj o najlepszą dla Ciebie ścieżkę rozwoju kariery: 22 250 11 44 | infolinia@ican.pl

Premium

Materiał dostępny tylko dla Subskrybentów

Nie masz subskrypcji? Dołącz do grona Subskrybentów i korzystaj bez ograniczeń!

Jesteś Subskrybentem? Zaloguj się

X
Następny artykuł dla ciebie
Wyświetl >>

Mała zgoda na wielką zmianę, czyli jak uciec przed wolnością?

· · 5 min
Mała zgoda na wielką zmianę, czyli jak uciec przed wolnością?

Jak można poznać samego siebie? Nie przez obserwację, ale w działaniu. Staraj się spełnić swój obowiązek, a dowiesz się natychmiast, co jesteś wart – Johann Wolfgang Goethe.

Jeśli jesteś wytrawnym odwlekaczem – tak jak ja – i prokrastynacja jest Twoją drugą naturą, z pewnością zastanawiałeś się wielokrotnie nad źródłem tego błogiego uczucia kryjącego się za decyzją: jeszcze nie teraz. Jeśli zaś nie jesteś prokrastynatorem, to na pewno nawet nie miałeś okazji roztrząsać (bo samo roztrząsanie nie leży bez wątpienia w Twojej naturze), co można zyskać, odwlekając coś, o czym wiesz, że powinieneś się tym zająć, do bliżej nieokreślonego terminu, opatrzonego tajemniczą – bo niezobowiązującą – nazwą później.

Dlaczego odwlekamy?

Literatura tematu – jak to się ładnie mówi – przyczynę prokrastynacji określa w sposób równie zwięzły, co trafny: lęk przed porażką i – paradoksalnie – również przed… sukcesem. Na ogół w życiu nie wygląda to tak spektakularnie i nie postrzegamy całej tej gry w górnolotnych kategoriach zwycięstwa i porażki. Zwłaszcza, gdy przyłapiemy się na namawianiu psa do spaceru po filmie, czy na odkładaniu napisania ważnego raportu na magiczne po kawce. Przecież to są proste sprawy, Żaden problem, To o niczym nie świadczy – i tak dalej.

Przekładając opis psychologicznych mechanizmów na język praktyka, określiłbym to krótko – lubimy mieć rację i komfort. W tym również komfort posiadania racji. Z natury wszyscy uwielbiamy myśleć o sobie w superlatywach (kto jest od tego wolny, niech pierwszy rzuci komentarzem) i choć możemy się do tego nie przyznawać, nawet przed sobą, trzymamy się kurczowo wyobrażeń o swojej wszechwiedzy i własnej doskonałości. Zwłaszcza tej potencjalnej, którą hodujemy za fasadą samoutwierdzającego i usprawiedliwiającego: Gdybym tylko chciał. Łatwo zgadnąć jak niebezpieczne dla tego obrazu może się okazać narażanie na brak racji i wychodzenie poza strefę komfortu. Ryzykowne jest robienie czegokolwiek nowego i proponowanie czegoś własnego – czyli po prostu działanie. Moglibyśmy natrafić na przeciwności, a wtedy poznalibyśmy kim naprawdę jesteśmy. Taki moment, najzwyczajniej w świecie, się odwleka. Zamiar nic nie kosztuje, działanie – może wiele.

Zostań mistrzem zarządzania sobą »

Paradoksalnie, chcąc dążyć do doskonałości, poprzestajemy na doskonaleniu dążeń. Jesteśmy wówczas niestrudzeni w mnożeniu kategorycznych: Muszę jeszcze tylko, Zaraz po, czy też Jak tylko – albo – najbardziej złudne – Następnym razem na pewno.

Miejsce na wolność

Stephen Covey przytacza słowa, które kiedyś przypadkowo przeczytał w jednej z książek (nie podaje niestety źródła) i które, jak przyznaje, wstrząsnęły nim dogłębnie: Między bodźcem a reakcją istnieje przestrzeń. Tam znajduje się nasza wolność i możność dokonania wyboru reakcji. Od tych wyborów zależy nasz rozwój i szczęście.

W każdej sytuacji mamy dwa wyjścia: podjąć działanie albo dostosować się. Między tym co nas spotyka, a tym jak zareagujemy – pisze Covey – jest nasza najwspanialsza siła: wolność wyboru. Wybór sprowadzający się do prostej decyzji: robię coś czy się dostosowuję, przez wycofanie i zaniechanie. Zawężając przy tym przestrzeń własnej wolności.

Mną to odkrycie wstrząsnęło dogłębnie – uświadomiłem sobie drobny, ale bardzo istotny przekręt, wbudowany w mechanizm prokrastynacji. Mianowicie przekonanie, że to między zamysłem a działaniem jest wolność – czyli miejsce na decyzję. W tej właśnie przestrzeni upatrujemy złudne poczucie wolności, którym my, odwlekacze, lubimy się tak upajać. Niestety sam zamysł nie jest reakcją, nie jest realizowaniem wolności. Jest nim dopiero działanie.

Na rozdrożu

Sprawa jest prosta: Jeśli trafisz na rozstaje dróg, po prostu miń je – Yogi Berra. Lepiej tego nie można chyba ująć. Wystarczy drobne przeniesienie akcentu – taki mały przekręcik (a raczej antyprzekręt): zamiast zastanawiać się, czy coś robić, skup swoje rozterki na tym, co i jak zrobić. Zawsze się cieszę, gdy mogę coś zilustrować przykładem z życia, a wprost uwielbiam, gdy jest on z mojego własnego.

Kilka lat temu, w ramach konferencji organizowanej w Buffalo przez Creative Education Foundation, poświęconej metodologii Creative Problem Solving, brałem udział w warsztatach dla liderów, które były ukierunkowane na tworzenie  nowych technik i narzędzi do stosowania w procesie twórczego rozwiązywania problemów.

Dostaliśmy w ramach kilkuosobowych zespołów zadanie wymyślenia ćwiczenia mającego na celu nauczenie określonej grupy stworzenia własnego narzędzia (o zadanym charakterze) do zastosowania w określonej fazie procesu. Typ grupy wraz z jej specyficznym rodzajem percepcji, charakter narzędzia, faza procesu itd. – były przydzielone, a raczej wylosowane.

Wychodziły z tego skomplikowane wyzwania. Nasze było wręcz szaleńcze, bo odbiorcami miała być grupa głuchoniemych o przewadze percepcji muzycznorytmicznej i mieliśmy znaleźć sposób, by im wytłumaczyć, czego od nich chcemy, na czym polega dany element procesu i że to ma być narzędzie, które sami mają zaproponować, etc. Dodatkowo miało mieć to charakter interaktywnego ćwiczenia. Naprawdę karkołomne zadanie. Inni chyba też tak to odebrali, bo zespół zaczął się wykruszać – jedna osoba od razu przeniosła się gdzie indziej, druga wymówiła innymi zadaniami, a trzecia wprost skapitulowała. Zostałem sam. Był wieczór, a prezentacja miała odbyć się nazajutrz rano.

Stałem na rozdrożu. Wszyscy członkowie mojej drużyny szybko skorzystali ze swojej wolności i dokonali wyboru drogi. Ja też – postanowiłem zrobić tę prezentację. Przerażał mnie temat, konieczność samodzielnego zmierzenia się z zadaniem, konieczność wystąpienia przed obcą widownią w języku też obcym i jeszcze do tego presja czasu. Ale jednocześnie czułem, że niemożliwe jest możliwe i miałem potrzebę zmierzenia się z tym. Wiedziałem, że zaskoczę samego siebie – i to chyba mnie najbardziej pociągało.

Co Cię motywuje?

Jeśli nie wiadomo, co robić, to znaczy, że masz ogromne pole do popisu. Wówczas wszystko jest dobre i nie ma powodów, by je za takie nie uznać.

Miałem kilka luźnych myśli i przeczucie, że rozwiązanie kryje się w samym wyzwaniu  uzmysłowić słyszącym ludziom, że są głusi, nie mówiąc im tego, tylko traktując ich jak głuchych i przekazać im potem całą resztę informacji: opis procesu, ich zadania i spodziewany efekt. To co innych członków mojego zespołu wystraszyło, stało się dla mnie nie tylko osią rozwiązania, ale też wybawieniem z jednego z moich głównych lęków – nie musiałem nic do nich mówić. Wszystko miało być przedstawiane na planszach.

Osamotniony, pod presją czasu i dręczony obawą czy podołam, przystąpiłem do realizacji planu. A raczej do zastanawiania się, co i jak powinienem teraz zrobić? Otworzyłem się na swobodny przepływ cisnących się do głowy pomysłów. Nie zważałem na ich realność, tylko szedłem za nimi. Zaczęły się szybko składać w całość. Ułożyłem scenariusz, rozłożyłem akcenty, momenty zwrotne i puenty.

Grubo po północy rozpocząłem przygotowanie materiałów. Zacząłem nagle mieć masę wątpliwości co do ortografii, a nie miałem słownika. Choć przekonałem się wielokrotnie, że Amerykanie spelling traktują bardzo swobodnie i są szalenie wyrozumiali dla siebie i innych, to jednak wychodziłem z założenia, że jak już coś robić – to dobrze. Nie miałem dostępu do internetu, a i czasy były przedsmartfonowe. Dzwoniłem do żony nad ranem (w Polsce na szczęście było już przedpołudnie), by sprawdzać pisownię. Przygotowałem plansze, zadbałem o rekwizyty i podzieliłem całość na role dla mojego zespołu. Cały czas czułem, że tworzymy jeden zespół i miałem poczucie współodpowiedzialności i solidarności. Nie mogłem też pominąć faktu, że jedna z koleżanek miała wieloletnie doświadczenie w teatrze improwizacyjnym. Grzechem byłoby niewykorzystanie tego.

Czas próby

Prezentacja przebiegła tak, jak zamierzałem i przewidywałem. Swobodnie prowadziłem publiczność i z zamysłem podawałem im kolejne elementy mojej układanki. Atmosfera była wspaniała. Szczególnie, że szybko przekonałem widownię, iż są geniuszami – są Beethovenami. Widziałem jak wszyscy zapalają się do wyznaczonych ról w miarę rozwoju akcji. Zyskałem podziw i wdzięczność członków zespołu. A także uznanie wszystkich uczestników i prowadzących. Zebrałem masę pochlebnych komentarzy – bezpośrednio po prezentacji, jak i długo potem. Czasem od przypadkowo napotykanych na konferencji osób. Fama rozeszła się błyskawicznie.

Nie ma rozwoju w strefie komfortu ani komfortu w strefie rozwoju. Ale nagroda jest zawsze tego warta. Wystarczyło jedno moje małe tak. Postanowiłem nie zastanawiać się czy wyjdzie, tylko podążyć za ciekawością jak to pójdzie. To było u mnie silniejsze. I całe szczęście. Wspominając to z perspektywy czasu, nieważne są teraz moje obawy, lęki i konieczność podjęcia znacznego wysiłku. Jedyne o czym myślę to rzecz, która karmi mnie do dziś. Pokazałem sobie, że mogę się zmierzyć z niemożliwym. Rzucić na szalę swój lęk i wizję przeszkód. Przekonać się, że mogę być skuteczny, a nawet skuteczniejszy od Amerykanów, których przez cały czas tak podziwiałem właśnie za ich skuteczność i operatywność. Uzmysłowiłem sobie, że poddanie się nie jest rozwiązaniem. Gdyby mi się nie udało, to nie byłaby porażka. Byłoby nią wycofanie się – tak realne i kuszące. Miałem przecież do niego pełne prawo. A co mogłem wówczas stracić? Czego bym nie miał, gdybym powiedział małe, krótkie,  łatwe nie? Ominęłoby mnie coś, co można ująć w parafrazie znanego sloganu: Podziw i uznanie dla samego siebie – szczere i zasłużone – bezcenne.

Proponuję Ci byś poszperał w pamięci i odtworzył podobną historię z własnego życia. Każdy z nas ma przeżycia, do których może się w podobny sposób odwołać. Może w Twoim było więcej takich zdarzeń? Brawo. A teraz odpowiedz: ile było sytuacji, które nie mają szansy być tak wspominanymi, bo powiedziałeś nie? A jak myślisz, ile takich szans da Ci jeszcze życie? Dlatego następnym razem dobrze się zastanów, zanim się zawahasz.

Dariusz Olak

Doświadczony dyrektor finansowy, lider procesu Creative Problem Solving autor bloga Wyobraźnia stosowana.

Polecane artykuły

Polecane artykuły